czwartek, 5 lipca 2018

"The Winner Takes It All" - kiedyś miałam tylko bieganie, teraz mam wszystko :)

Coraz bliżej bieg... Kiedy w styczniu zgłaszałam się do plebiscytu Walecznej Wilczycy, cieszyłam się, że będę mogła pisać i dzielić się z innymi tym, co przeżywam - i to mnie nakręcało. O bieganiu nie było wówczas mowy i nie wiedziałam, czy w ogóle możliwy będzie start w "Pogoni za Wilkiem" - co zatem opisywać, jeśli relacje mają dotyczyć przygotowań do startu biegowego...?
Jedno z moich ulubionych zdjęć - podpisałam je kiedyś: "Myśl. Wierz. Marz. Miej odwagę". I to mnie napędza :)
Okazało się jednak, że nie trzeba "zaliczać" intensywnych treningów biegowych, żeby nabierać sił i zdobywać formę do biegania. Przez ten czas zrobiłam i osiągnęłam tak wiele, że wcześniej nie mogłam sobie tego nawet wymarzyć. Kiedyś liczyło się tylko bieganie, a każda inna aktywność miała właściwie jeden cel: sprawić, że będę biegać szybciej i więcej. Dziś wiem, jak ogromną przyjemnością jest wypływanie na otwarte wody, jak bardzo można poczuć się wtedy częścią natury, jak dobrze jest pozwolić się wodzie rozpieszczać :) Doświadczyłam adrenaliny podczas pływackiego startu w triathlonie i zobaczyłam, że im więcej spokoju i równowagi jest we mnie, tym szybciej płynę, a woda niesie mnie przyjaźnie i ochoczo. Pływanie mnie leczyło, uspokajało, koiło i dawało siły.
Jak wspomnienia, to nie może zabraknąć tego zdjęcia - przed pierwszym startem w triathlonie glinianki stały się moim drugim domem :)
Poznałam smak mieszanki kurzu, piachu, błota i potu, połączonej z ogromnymi emocjami podczas startów rowerowych - jakże innymi od tych biegowych! Przeżyłam piękne, wzruszające chwile poczucia totalnej jedności z rowerem - i momenty porażki, kiedy nie mogłam się z nim "dogadać", jazda sprawiała ból, a ja wątpiłam, czy w ogóle jest sens wsiadać na rower po raz kolejny. Te kilka miesięcy pokazało mi, jak fascynującą dyscypliną jest kolarstwo, a jednocześnie - jak trudną i skomplikowaną. Nic jeszcze, żaden sport wcześniej, nie wzbudzał we mnie tylu skrajnych emocji i nie wymagał pokonywania tak wielu wewnętrznych barier i oporów. I jestem przekonana, że te zmagania czynią mnie coraz silniejszą.
Kolarstwo górskie to dyscyplina, która fascynuje mnie coraz bardziej - mam to szczęście, że mogę trenować z najlepszymi! (FTI)

Zainteresowałam się crossfitem, który z kolei zaprowadził mnie do kettlebells - nie przypuszczałam, że ciężkie, żelazne kule mogą stać się nie tylko narzędziem treningowym, ale też źródłem wielu niesamowitych przeżyć :) Ćwiczenia z nimi to moment, na który zawsze czekam z radością; przy okazji nabieram sił, a moje ciało staje się mocne, stabilne, gotowe do działania ;)


Kiedyś byłam nastawiona tylko na powrót do biegania, a nieudane próby powodowały pogłębianie się frustracji i sprawiały, że załamywałam się na nowo. Im bardziej chciałam biegać, tym było gorzej. Bardzo powoli, ale z czasem zaakceptowałam stan: nie biegam. Odpuściłam. Dałam spokój. Zresztą, rower pochłonął mnie doszczętnie i sprawił, że skierowałam swoją uwagę i wysiłek na inne tory. I nagle - zupełnie niespodziewanie - okazało się, że mogę biegać :) Biorę udział w treningach w Adrenalinie z Rafałem, a od niedawna biegam też sama; udało mi się wystartować w Biegu Eleganta, niedługo pobiegnę w Pogoni za Wilkiem, a potem na moją ukochaną Wielką Sowę :) Kiedyś miałam tylko bieganie - teraz mam WSZYSTKO... :) :)
Nie było różowo - choć w gabinecie Rafała działy się cuda :)
Dziś, z perspektywy tych kilku miesięcy, mogę śmiało powiedzieć, że ja JUŻ wygrałam. Wygrałam plebiscyt i wygrałam bieg. Dostałam bowiem o wiele więcej niż są warte wszelkie wyróżnienia i puchary: coraz mocniejsze ciało i umysł, waleczne serce, silniejszy charakter, więcej pokory i mądrości, cudowne doświadczenia innych aktywności na poziomie, o jakim mi się nawet nie śniło... Mogłabym tak wyliczać bez końca. A przede wszystkim - dostałam ogromne, nieocenione wsparcie od Was - wszystkich, którzy czytacie moje posty, którzy wspieracie mnie nieustannie, niezmiennie we mnie wierzycie i jesteście zawsze - w tych chwilach ogromnej radości i tych, kiedy płaczę i upadam. Szczególne podziękowania należą się Sebastianowi, mojemu mężowi, który daje mi tyle wolności, że mogę realizować nawet najbardziej szalone pomysły, zawsze wspiera mnie w każdym działaniu, jest blisko i bardzo mocno!

A co dalej? Powiedziałabym - to samo :) Nadal będę trenować na rowerze, pływać, biegać i o tym wszystkim pisać :) W planach mam jeszcze wiele startów i pięknych chwil :) Kiedyś mój tata często mi powtarzał, że z marzeniami trzeba ostrożnie, bo one się spełniają - zamierzam zatem marzyć, myśleć, wierzyć i mieć odwagę. W końcu jestem przecież Waleczną Wilczycą! :)

niedziela, 17 czerwca 2018

"Ona ma siłę - nie wiesz, jak wielką"



Dziś będzie znów o rowerze, choć czas był intensywny i różnorodny pod względem dyscyplin sportowych - Triathlon Lwa i sztafeta (płynęłam - było bosko!), trening biegowy z grupą AF Team (byłam zachwycona - biega mi się coraz lepiej, a ja jestem coraz silniejsza). Nadszedł kolejny weekend i następne zawody - tym razem SOLID MTB w Lesznie. Szczególne pod względem walki, jaka intensywnie toczyła się w mojej głowie przynajmniej dwa tygodnie przed startem.

Od paru osób usłyszałam, że jest to najtrudniejszy wyścig ze wszystkich "solidowych" w całym cyklu - i się zaczęło. Najpierw spanikowałam i nie wiedziałam, czy jest sens w ogóle się zapisywać. Potem postanowiłam przygotować się najlepiej, jak tylko się da: niemal codziennie jeździłam na jedną z pobliskich górek, piachy, kamienie, nawet na podwórku ustawiłam sobie mały tor przeszkód, żeby nie bać się w terenie przeskakiwania korzeni :) Przy tym nie zaniedbywałam innych treningów, które rozpisywał mi Adam. Szło jak po grudzie, miałam wrażenie, że niczego się nie nauczę. Wiele razy miałam ochotę to rzucić, kolarstwo nie jest dla mnie - myślałam. W tej plątaninie emocji jedna myśl przewijała się bez przerwy: "to chcesz tak szybko się poddać? przecież nawet dobrze nie zaczęłaś, a już rezygnujesz?". Do tego towarzyszyły mi słowa Pauli, że kolarstwo wymaga wielkiej cierpliwości...
Startujemy!
Mimo niepowodzeń kontynuowałam treningi: czasem nieziemsko wkurzona, czasem bezsilna, a czasem znowu - załamana. Coś jednak nie pozwalało mi odpuszczać. Doczekałam się w końcu moich małych sukcesów: zaczęłam podjeżdżać na niemożliwą do zdobycia wcześniej górkę i przeskakiwać mały korzeń. Udawało mi się też dłużej stać na rowerze, zanim oparłam nogę na ziemi i zaczęłam się czuć na nim coraz lepiej, luźniej, nie byłam już taka spięta, a niektóre ćwiczenia zaczęły nawet mnie bawić. To wystarczało, żeby po raz kolejny wsiadać na rower i próbować dalej.
Najpiękniejszy moment - meta! :)
Walka w głowie trwała jednak nadal. Okropnie się bałam - po nieudanym starcie w Śremie wiedziałam już, jak mogą wyglądać zawody i że nie zawsze jest super... Do ostatniego dnia toczyłam boje ze sobą, by nie wycofać się i nie odpuścić tego startu. I tu - całkiem niespodziewanie - przypomniały mi się słowa Radka na koniec zgrupowania w Sokolcu: "Więcej wiary w siebie", i inne - które napisał do mnie przed startem w triathlonie: "walcz jak trzeba". Podziałało. Stojąc w sektorze w oczekiwaniu na start wiedziałam już, że będzie dobrze: mogę, potrafię, dam radę, ukończę ten wyścig i będę mieć z niego dużo radości. Będę walczyć, bo mam siłę.

Może to dziwne, ale - tak rzeczywiście się stało! Niemal całą trasę udało mi się przejechać (zgodnie z zaleceniami Adama - by nie zsiadać z roweru), nawet - wydawałoby się - trudne dla mnie zjazdy, piaszczyste odcinki czy wystające korzenie. A najbardziej zaskoczyłam sama siebie na tzw. singlach - bałam się tych wąskich, krętych ścieżek, a tymczasem był to element trasy, który najbardziej mi się podobał! Tempo nie było rewelacyjne i końcowy wynik nie należy do czołówki, ale - satysfakcja ogromna!
Dawno nie czułam tak wielkiej dumy! :)
Ten wyścig pokazał mi, jak wielka siła tkwi w mojej głowie i jak duży wpływ na to, co będzie się działo, mam ja sama. Owszem, brakuje mi umiejętności i doświadczenia - ale wciąż je zdobywam, przy wsparciu różnych osób, a przede wszystkim - samej siebie. To ja musiałam pokonać największą barierę - własny lęk, niepewność, brak wiary w swoje możliwości. To we mnie przewalały się tabuny emocji, ja zaciskałam zęby, by się nie rozkleić, musiałam wreszcie przekonać samą siebie, że trzeba wystartować i że to ma sens. Dziś jestem z siebie dumna: przygotowania do tego startu kosztowały mnie wiele, ale - warto było. Motywacja do dalszych treningów mocno wzrosła, moja pewność siebie - także :) A w dodatku - pokonanie całej trasy sprawiło mi mnóstwo radości. Czy można wymarzyć sobie coś piękniejszego dla początkującego kolarza? :)

piątek, 8 czerwca 2018

"Więc teraz serca mam dwa (...) i miłość po kres, i radość do łez"

Stało się, udało się - przebiegłam "Eleganta na 5"! Dzień po "Rajdach dla Frajdy", czyli Grand Prix Amatorów na Szosie (71 km w nogach - było bosssko!), w wielkim upale i na moje obecne możliwości - świetnym stylu. Biegłam spokojnie, cały czas wsłuchując się w sygnały płynące z ciała - ale nic niepokojącego się nie działo, ani w czasie biegu, ani potem - Rafał mówił, że wrócę do biegania i oto jestem! :) Szczęśliwa i pełna nadziei. I jednocześnie coraz silniejsza.

na trasie biegu (Przemo, dzięki za zdjęcie! :))

Po biegowym sukcesie Eleganta przez kilka dni walczyłam ze sobą, by nie zapisać się na kolejny najbliższy bieg :) Wiedziałam jednak, że zbyt duża intensywność może zniweczyć dotychczasową pracę i spowodować nawrót kontuzyjnych dolegliwości, zatem - z trudem, ale rozsądek zwyciężył i skupiłam się ponownie na realizacji mojego planu. Najbliższy biegowy cel to Pogoń za Wilkiem, a póki co - wspólne bieganie z grupą w Adrenalinie :)

po Biegu Elegant na 5 - z mężem :)

Minęły ponad dwa miesiące, odkąd realizuję treningi według planu, konstruowanego dla mnie przez Adama (@protrenujmy). Głównym celem na ten sezon jest szlifowanie formy rowerowej, zatem rower wypełnia najwięcej mojego treningowego czasu. Początki były dość skomplikowane - musiałam nauczyć się, że jak robię trening to nie oglądam w tym czasie ptaszków, nie podziwiam widoków, nie skupiam się na otoczeniu, lecz maksymalnie koncentruję na zadaniach, które mam akurat wykonać. W dalszym ciągu nie jest to łatwe, ale mam już "swoje" treningowe ścieżki, które służą do realizowania zadań - i zaczyna to działać :)

Druga rzecz, którą musiałam zmienić - to własny sposób na trenowanie. Do tej pory robiłam mnóstwo rzeczy, łapałam różne treningi, jak tylko coś mnie zainteresowało - natychmiast pojawiało się w moim planie treningowym. Efekt był taki, że często chodziłam zmęczona, dzień był wypełniony na maksa, a efekty z czasem coraz słabsze. Trudno zresztą oceniać efekty, skoro nie było jasno sprecyzowanego celu. Teraz uczę się, że czasem trzeba mieć dzień bez trenowania, czasem trening jest leki, a czasem - solidnie daje w kość.

Idealnie jest, kiedy można łączyć treningi z pracą :) Czasami dzień pracy jest podzielony, z przerwą na rower :)
 Realizowanie planu treningowego wymagało też ode mnie zaufania Adamowi - pierwsze tygodnie były dość trudne pod tym względem, bo wciąż miałam ochotę "wciskać" swoje pomysły, ale z czasem sama zaczęłam dostrzegać, że wszystko jest ułożone w taki sposób, który zapewnia mi odpowiednią intensywność trenowania przy jednoczesnym zachowaniu równowagi i regeneracji. Adam wie, co robi - a ja idę za tym. Kiedy trzeba - wspiera, a innym razem jego stwierdzenie: "trzeba ćwiczyć" jest jak "kopniak" do dalszej pracy, bo wiem, że do celu daleko... ;) Moje dni nadal są wypełnione po brzegi - ale tym razem mądrze :) Jest w tym porządek, jest cel, mogę spokojnie trenować wiedząc, że czuwa nad tym ktoś, kto właściwie mną pokieruje. Efekty są widoczne już teraz - jestem w stanie zrealizować każde zadanie z planu i wychodzi mi to coraz lepiej, do tego dołączam ćwiczenia techniki - haha, idzie słabiutko, ale od czasu zgrupowania w Sokolcu i tak jest już lepiej :) Zostawiłam też sobie pływanie - jako relaks, odpoczynek i wielką przyjemność - nie wyobrażam sobie bowiem lata bez jeziora!

pływam dla przyjemności - a czasem startuję w sztafetach triathlonowych ;))

Rower zawładnął mną bez reszty - kolarstwo górskie jest dla mnie ogromnie trudnym, wymagającym sportem, potrzeba do tego umiejętności, z jakich nie zdawałam sobie do tej pory sprawy. Budzi wielkie emocje - od ogromnej fascynacji po lęk, od radości po łzy bezsilności i niemocy, zupełnie skrajne, a wszystkie tak samo intensywne. Chyba jednak to, że jest tak trudno, jest jednocześnie siłą, która napędza mnie do działania, każe się nie poddawać i próbować dalej. Mam nadzieję że ta fascynacja potrwa jeszcze długo i przyniesie mi wiele niesamowitych przeżyć. Czasem porównuję rower z bieganiem - moją wielką, niegasnącą wciąż miłością. W bieganiu jest zdecydowanie spokojniej, dla mnie - dużo łatwiej, prościej... ale równie fascynująco. Mam zatem teraz dwa serca, dwie radości, dwie miłości - i to aż do łez :)

czwartek, 24 maja 2018

"Ogranicza nas tylko wyobraźnia"

Za kilka dni "Elegant na 5", drugi bieg z cyklu Grand Prix Mosiny. W ubiegłym roku o tej porze wróciłam z biegu na Chojnik i "Eleganta" nie byłam już w stanie pobiec... ani innych biegów przez długi czas. Dziś mija rok od tamtych wydarzeń, a ja przygotowuję się do swoich pierwszych biegowych zawodów po długiej przerwie. W nogach czuję moc dużo większą niż rok temu, a kontuzja póki co nie daje znać o sobie - oczywiście dbam o siebie, pilnuję ćwiczeń rozciągających, wsłuchuję się w swoje ciało i staram się wychwycić najmniejsze ostrzeżenia, jakie mi daje. Póki co - działa :)

Po treningu przed Biegiem "Eleganta" - woda JAVA przetestowana, jest rewelacyjna :) 

 Nie mogę nie wspomnieć o biegu, który jest dla mnie wydarzeniem szczególnym - Bieg na Tak, organizowany przez Stowarzyszenie na Tak, działające na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Biegniemy tam co roku z Kasią, moją przyjaciółką, dobrym duchem dodającym mi skrzydeł, motywującym do działania i inspirującym do podejmowania najbardziej szalonych wyzwań. Z Kasią przeżyłyśmy razem ponad dwadzieścia lat i nasza przyjaźń wciąż jest żywa, a jej osoba i to, co robi w swoim życiu mimo własnych ograniczeń pokazuje mi zawsze, że limity istnieją tylko w naszej głowie i że jeśli się tylko bardzo chce, wszystko jest możliwe. 
Z Kasią na trasie tegorocznego Biegu na Tak :)
 Bieg z Kasią przypominałam sobie wiele razy podczas wyjazdu na zgrupowanie FTI w Sokolcu. Na ten czas czekałam od dawna, pełna wątpliwości, czy powinnam jechać, czy dam radę, czy to nie za wcześnie itp. Uspokoiły mnie argumenty, że FTI dostosowuje program do każdego uczestnika - zaufałam temu i ruszyłam na swoje pierwsze rowerowe treningi w górach.
Pierwszy dzień zaczął się dość... ciężko. Na początek ćwiczenia techniczne - w ogóle mi nie szły, a kiedy widziałam, ze inni wykonują je bez problemów, popadałam w coraz większe zdenerwowanie, irytację, co oczywiście skutkowało nasileniem się ćwiczeniowych niepowodzeń. Ruszyliśmy na Wielką Sowę - bez przekonania parłam pod górę, nie dowierzając, że mogę tego dokonać - ale kiedy znalazłam się na szczycie, wróciła euforia i w cudowny sposób odzyskałam siły - zrobiłam to, co było dla mnie niewyobrażalne! Radość jednak nie trwała długo - w drodze powrotnej pomyliłam szlaki i zjechałam nie tą ścieżką, przez co musiałam sporo nadrobić trasy i kiedy dotarłam wreszcie do grupy wykonującej już kolejne zadanie, byłam solidnie zmęczona. Od tej pory nie ruszałam się w trasę bez mapy (przydała się wiele razy ;)) 
Na szczycie Wielkiej Sowy - do tej pory myślałam, że wjechanie tu na rowerze jest niemożliwe... :)
 Kolejny dzień równie wielkich emocji i ogromnego wysiłku. Tym razem po pierwszym dość stromym podjeździe Radek (trener mojej grupy) decyduje o przydzieleniu mi indywidualnych zadań - uważam ten pomysł za idealny, od tej pory robię swoje, zadania i tak są rejestrowane na Polarze i analizowane wieczorem podczas podsumowania treningów, zatem nie ma obawy, ze coś umknie uwadze trenera. Poza tym, mam przy sobie telefon, mapę (;)), wiem co mam robić i robię to bez stresu, że reszta grupy musi na mnie czekać. I choć trudno skupić się na zadaniu, kiedy tyle pięknych widoków dookoła, udaje mi się zrealizować wszystko. Przed kolacją dołączam do grupy na rozjazd po treningu - jedziemy spokojnie, równo, rozmawiamy, jest idealnie!
Trzeciego dnia mam do wykonania kolejne zadania - niestety, znowu gubię drogę i w poszukiwaniu właściwego podjazdu zapominam o wykonaniu tego, co było zaplanowane ;) Dostaję jednak dość mocno w kość, bo decyduję się na wybór trasy trudniejszej, bardziej stromej i wymagającej - nie chcę "klepać" asfaltu, nęci mnie próbowanie górskiego, kamienistego, wyboistego podłoża. Kiedy docieram do "Zygmuntówki" i spoglądam w dół na trasę, którą przed chwilą pokonałam, rozpiera mnie ogromna radość i duma. Zrobiłam to - sama!
Widok z "Zygmuntówki" - tamtędy jechałam!

Nie sposób opisać wszystkich emocji, które towarzyszyły mi podczas tych czterech wyjazdowych dni. Wielka radość i wszechogarniający smutek, euforia i załamanie, nadzieja i zniechęcenie, chęć walki i poddanie się... Łzy radości i bólu (również tego fizycznego). Wróciłam jednak zachwycona górami, rowerem, a przede wszystkim - ludźmi, których spotkałam na zgrupowaniu. Od samego początku było jasne, że mój brak umiejętności nie pozwoli na uczestnictwo w treningach z resztą grupy. Organizatorzy tak jednak dostosowali zadania dla mnie, bym mogła je wykonać (co nie znaczy, że było łatwo). Radek zrobił ze mną nawet indywidualny trening techniczny, co dało mi sporo wskazówek na przyszłość, a jednocześnie sprawiło, że wstąpiły we mnie nowe siły i motywacja do dalszego trenowania. 
Podczas indywidualnego treningu Radek dał mi cenne wskazówki - nie tylko techniczne, ale też - motywujące :) Zadbał nawet o zdjęcia z tego czasu :)
Przez cały czas, ani przez chwilę nikt na zgrupowaniu nie dał mi odczuć, że to nie jest miejsce dla mnie (a zwłaszcza na początku było wiele momentów, kiedy tak myślałam). Otrzymałam od wszystkich uczestników całe mnóstwo wsparcia, takiego zwyczajnego bycia ze mną, rozmów, wymiany informacji, wielkiej życzliwości i otwartości. I zachęty do tego, by nie ustawać, nie poddawać się, nie rezygnować. Ale też - nikt się nade mną nie litował, nie żałował moich obitych łokci, podrapanych kolan i siniaków. I chyba to było najlepsze podejście, bo sama miałam ochotę nie raz się rozkleić, kiedy po raz kolejny upadłam i uderzyłam się w to samo, skaleczone już wcześniej miejsce :) 
Wróciłam do domu ogromnie zmęczona, ale szczęśliwa. I zachwycona obozem, treningami, ludźmi, profesjonalnym prowadzeniem, miejscem... I chociaż nie udało się wykonać wszystkich zadań od trenerów (gubienie trasy i inne utrudnienia :)), nie wystartowałam w zawodach ostatniego dnia (po konsultacji z trenerem), to udało się chyba najważniejsze: próby rowerowego pokonywania górskich szlaków zachwyciły mnie i sprawiły mnóstwo radości, zyskałam dużo siły - także tej wewnętrznej - i ogromną motywację do dalszego podążania drogą kolarstwa górskiego :) Czy może być coś piękniejszego? 
Nie wiem, czy kiedyś będę się ścigać w górach - w tej chwili wydaje mi się to tak trudne, że aż niemożliwe. A z drugiej strony... jeszcze niedawno myślałam, ze wjechanie na szczyt Wielkiej Sowy jest poza moim zasięgiem... a zrobiłam to kilka razy! Zatem - wszystko jest możliwe :) Jak napisał mi Radek (kiedy dzieliłam się wrażeniami z prób wcielania w życie jego wskazówek) - "ogranicza nas tylko wyobraźnia"...

czwartek, 10 maja 2018

"Najlepsze przed Tobą!"


Za mną kolejny start rowerowy - tym razem Solid MTB w Śremie. Krótko po przebytej właśnie chorobie, zawody okazały się nie lada przeprawą: osłabiony organizm dość szybko dał znać zmęczeniem, trasa była bardzo wymagająca jak na moje możliwości, pogoda - choć piękna - także nie ułatwiała zadania: gorąco, sucho, słonecznie... W pewnym momencie przewróciłam się, boleśnie uderzając o wystający korzeń. Długo nie mogłam się podnieść, a kiedy już wstałam, trudno mi było wsiąść z powrotem na rower. Dalsza jazda była walką z bólem i coraz bardziej czarnymi myślami pojawiającymi się w mojej głowie. Kiedy w końcu dotarłam do mety, poczułam ulgę i potworne zmęczenie. Nie było fajerwerków, szalejących endorfin, entuzjazmu i zachwytów. Ten wyścig pokazał mi, że brakuje mi wielu umiejętności, a kolarstwo górskie odsłoniło kolejne, trudne oblicze. Mimo wszystko jednak - wygrałam. Walcząc z bólem, przypomniałam sobie, jak kiedyś podczas jazdy konnej spadłam, tłukąc się boleśnie: wtedy moja trenerka powiedziała, żeby jak najszybciej wsiadać na konia z powrotem -  by nie dać się zdominować lękowi i nie pozwolić, by w mojej głowie powstały bariery. To pozwoliło mi na cieszenie się konną jazdą przez długi czas, a upadki nie były już takie straszne. Tak było i tym razem: ukończyłam ten wyścig, a kiedy ból minął, ze zdwojoną energią zabrałam się do dalszych treningów. Zwyciężyłam! :)

Solid MTB Śrem i upragniona meta :)
 Prawdziwym rarytasem był dla mnie trening outdoor, organizowany przez Adrenalina Fitness a prowadzony przez Artura Kozala (FTI), który niezmiennie pozostaje dla mnie autorytetem jeśli chodzi o kolarstwo, a prowadzone przez niego zajęcia uwielbiam i chłonę w każdym calu :) I choć okazało się, że nie umiem wchodzić w zakręty, hamować, a przy próbach podjazdu w piaszczystym terenie znowu się wywracałam, byłam zachwycona :) To ogromna frajda uczyć się doskonale przy tym bawiąc - i miałam to szczęście po raz kolejny tego doświadczyć. :)

trening z Arturem - nauka wchodzenia w zakręty
Nadszedł wreszcie czas na trening z grupą biegową. Cały mój dzień był wypełniony zajęciami i kiedy zbliżał się wieczór, najzwyczajniej byłam zmęczona. Bardzo jednak chciałam spróbować biegania - dawno tego nie robiłam, a tu Pogoń za Wilkiem coraz bliżej, poza tym - czułam się dobrze, kontuzja nie dokuczała od dłuższego czasu... Postanowiłam tym razem się nie oszczędzać i - udało się! :) Interwały poszły cudownie, po pierwszych powtórzeniach złapałam równy oddech, czułam, że moje nogi pracują miękko, a całe ciało jest mocne, stabilne, ruchy są płynne, skoordynowane, harmonijne. Miałam wrażenie, ze mogę tak biec bez końca... Po całodniowym zmęczeniu nie pozostał nawet ślad. A ja wybiegłam myślami do Pogoni za Wilkiem, Biegu na Wielką Sowę, Biegu Eleganta... Wróciło przekonanie, że mogę, że się uda. Bieganie - moja miłość - pozwoliło mi na nowo wrócić do siebie, zanęciło cudownymi doznaniami, uwiodło po raz kolejny, nie pozwalając od siebie odejść. Znów stałam się najszczęśliwszą osobą na świecie :)

po treningu z AF Team :)
I na koniec... Są takie chwile i takie czynności / aktywności, kiedy czujesz niesamowitą harmonię i płynność ruchów, jedność z otaczającym światem... Kiedy jest wręcz idealnie. To na przykład jazda po gładkiej szosie, gdzie nogi pracują lekko, a ciało staje się jednością z rowerem; to bieg przez leśne ścieżki, kiedy wiesz, że jesteś tylko Ty i przyroda, oddychasz spokojnie, a poczucie wolności ogarnia Cię od stóp do czubka głowy; to galop na końskim grzbiecie, zapach końskiego potu i powiew wiatru na skórze; to moment, kiedy wspinasz się w skale, wreszcie zawisasz na samym szczycie, na końcu liny i czujesz, że cały świat jest u Twych stóp; kiedy płyniesz w otwartych wodach, a Twoje ciało przeszywa taflę jeziora, bezszelestnie, spokojnie, suniesz jak strzała... Jednym z tych magicznych momentów jest TGU (Turkish Get-Up). Pokochałam to ćwiczenie od pierwszej próby i za każdym razem, kiedy je wykonuję, czuję tę samą opisywaną wcześniej harmonię, płynność ruchów, mam wrażenie, że jest to po prostu spełnienie w każdym calu. Na tę chwilę moje ciało, umysł, emocje stają się wyciszone, skupione, spokojne. Silne. To nie tylko ćwiczenie - to jest jak... medytacja, relaks, oczyszczenie. Przesadzam? Zachęcam do spróbowania: Łukasz w LOFT Fitness jest najlepszym prowadzącym zajęcia z kettlebells - najlepszym, bo sprawia, że czuję się bezpiecznie i nie boję się ciężarów. Bo wiem, że nie stanie mi się krzywda. Próbuję zatem, wciąż przekraczam swoje granice i wiem, że mogę dużo więcej!
Wspominam słowa Rafała po ostatnim treningu: "Najlepsze przed Tobą!" - i tego się trzymam :)

zajęcia w LOFT Fitness i moje ukochane TGU (ja to ta z tyłu ;))
 

środa, 25 kwietnia 2018

"To nic, to nic, to nic - dopóki sił, będę szedł, będe biegł, nie dam się!"

Dwa tygodnie - dwa różne światy, inne życia - a przecież obydwa moje. 

Rower - treningi pod fachowym okiem Adama, nowa sportowa rzeczywistość, nowa fascynacja, inny wymiar, kolejne doświadczenie. Podoba mi się, cieszę się, nie od razu treningi idą według planu, ale powoli łapię, o co chodzi, udają się kolejne próby, jest pięknie! 
Plan treningowy rozpisany na ramie - i lecimy! :)
W sobotę jadę na wycieczkę - biorę moją Melisę i mknę po szosie, odkrywam nowe ścieżki (nawet całkiem fajne trasy rowerowe, równy asfalt i mały ruch samochodowy). Zatrzymuję się na zdjęcia, podziwianie starej kapliczki, rozmawiam z panem przy sklepie w małej wiosce, wącham kwitnące drzewa, śmieję się do słońca... I wiem już, że takich chwil nie wykreślę z mojego kalendarza za nic w świecie. 
Kaplica / kostnica w Gorzyczkach
Plany treningowe, cele, zawody, adrenalina związana ze startami - to wszystko jest piękne, to wszystko wkręca, nęci i pochłania. Ale czas, kiedy jestem tylko ja, rower, wolność, przestrzeń, świat wokół mnie, kiedy nie patrzę na zegarek, nie mierzę tętna, nie obliczam kadencji, po prostu - jadę, podziwiam, oddycham, zachwycam się - to jest czas, którego nie da się zamienić na nic innego. 
 Miało być tak pięknie... I znowu dopadła mnie choroba, jakaś paskudna infekcja, która nie chciała odpuścić i po kilku dniach bronienia się wylądowałam jednak u lekarza, a potem w łóżku. Czując się jak w więzieniu, opłakując kolejne stracone zawody (Oborniki!!!) i zmarnowane w moim poczuciu dni, nie mogąc spać z powodu zawalonych zatok, pogrążyłam się w lekturze kolejnej książki o Wandzie Rutkiewicz. 
Wanda - moja inspiracja, motywacja, moja zagadka i nieustanna ciekawość
Nie wiem, czy sprawiła to nocna pora, choroba czy przytępiona bólem świadomość, ale nie potrafiłam oderwać się od liter. Wanda - od dawna dla mnie kobieta - inspiracja, motywacja i natchnienie - teraz znajdowała się tak blisko, że trudno było oddzielić rzeczywistość od treści książkowych, tkwiłam w pół-śnie, pół-jawie, pół-świadomości... Zatrzymałam się na Wandy "Karawanie do marzeń", projekcie, który pochłonął ją bez reszty, zawładnął jej myślami, emocjami, któremu podporządkowała wszystkie swoje działania. Mając świadomość, że uciekają jej siły, że czas płynie a ona ma coraz więcej lat, chciała koniecznie zrealizować swój plan. W pewnym sensie postawiła siebie pod ścianą. "W pogoni za kolejnymi szczytami straciła czujność i przekroczyła czerwoną linię. A kiedy się przesadzi, można liczyć już tylko na szczęście". I tego szczęścia w końcu jej zabrakło. 
Wolność, niezależność, przestrzeń - to jest właśnie rower :)
Zapadłam się w ten wątek... Mnie także od dłuższego już czasu towarzyszy myśl, że lata biegną i czas ucieka nieubłaganie. A marzeń coraz więcej i więcej, poprzeczka coraz wyżej, apetyt rośnie. Po co ja to robię? Jak zachować czujność, by nie przekroczyć tej czerwonej linii, nie stracić dystansu i rozsądku, nie zatracić się w pasji bez reszty? "Każde wielkie nawiedzenie: literatura, sztuka, miłość erotyczna i zarazem metafizyczna, góry czy inne zajęcie uprawiane z samozaparciem, jest afirmacją siebie, jest wielkim egotyzmem, jest śpiewem radości życia twórczego, ale bywa też paliwem do autozniszczenia, jest przyzywaniem śmierci jako ostatecznego ukojenia w lodowej jaskini na najwyższej grani". Czy tak? Może trzeba mi zwolnić, może nie czas już na rywalizację, mocne treningi, przekraczanie granic, pokonywanie słabości... Może trzeba - jak wtedy, w sobotę - cieszyć się po prostu ze spokojnej, rekreacyjnej jazdy? Z krótkich odcinków truchtanych powoli? Z pływania dla relaksu, czystej przyjemności? Po co od razu zawody, plany startowe, cała ta presja, adrenalina, emocje, wysiłek? Wciąga, nakręca, uzależnia, staje się obsesją.
...wspomnienie wspinaczki z Agnieszką (Krucze Skały) - nie sposób o tym nie myśleć czytając o Wandzie
"Nie ma racjonalnych powodów dla wielu wyczynów ludzkich" - czytam. I wiem też, że wszystko, o czym pisałam przed chwilą, cała ta rekreacja i spokój może kiedyś nadejdą - a może nie. Wanda nie potrafiła - nie chciała zwolnić. Ja też nie potrafię. I nie chcę. Po co mi to wszystko? "Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć." Możliwe, że gdyby Wanda odpuściła, zwolniła - żyłaby do dzisiaj. Możliwe też, że gdyby nie szybkie tempo i ten cały sport - ja nie zmagałabym się z kontuzją, nie walczyłabym teraz z chorobą, nie miała kalendarza wypełnionego po brzegi. Może byłoby mi łatwiej, lżej, spokojniej... Ale przecież nie można żyć bez powietrza. 

To prawda od lat - w górach jest absolutnie wszystko, co kocham :)
Łykam więc kolejną pigułkę, zużywam setną paczkę chusteczek do nosa i - cierpliwie czekam na moment, kiedy znów wyjdę na trening, stanę w sektorze startowym, wypłynę na szerokie wody. Świadoma swojego wieku i innych ograniczeń. Ale dopóki sił - trzeba żyć :)

czwartek, 12 kwietnia 2018

Moje sześć kilometrów szczęścia

Kolejny czas pełen wrażeń i nowych doświadczeń. Tym razem nic nie stanęło mi na przeszkodzie i pojechałam na planowane spotkanie z Wilczycami do Poznania. Warsztat z Katarzyną Witczyk - trenerem, psychologiem klinicznym, psychoonkologiem zapowiadał się ciekawie i mimo, że pogoda tego dnia kusiła bardziej na rower i do lasu niż do miasta - punktualnie zjawiłam się na miejscu spotkania.

Zajęcia zaplanowane były na trzy godziny. Dla mnie to dużo (siedzenie w jednym miejscu jakoś mi nie służy ;)), jednak czas upłynął niespodziewanie szybko. Ale też treści było sporo: jak reagujemy pod wpływem stresu, co dzieje się wtedy z naszym ciałem, jak czynniki stresogenne wpływają na powstawanie chorób... Uwaga została poświęcona szczególnie nowotworom, co zainteresowało mnie tym bardziej, że w mojej rodzinie zachorowały najbliższe mi osoby, a ja sama stałam się ogromnie uważna i wyczulona na ten temat. Z wielkim zainteresowaniem (choć początkowo przerażeniem) słuchałam o żywności, kosmetykach, konserwantach i ich wpływie na nasze zdrowie. Powiedzenie "Jesteś tym, co jesz" nabrało nowego znaczenia i głębszego wymiaru :)

Wilczyce w komplecie :)
Interesujący przekaz, ciekawe treści, dynamiczne tempo zajęć, prowadzenie wymagające od nas, uczestników zaangażowania i aktywności - wszystko to sprawiło, że opuszczałam zajęcia z poczuciem niedosytu, ale też ogromną satysfakcją. Na koniec nieźle się bawiłam uczestnicząc w zadaniu, w którym miałam do odegrania rolę konstruktora... wieży, która okazała się być triathlonowym pucharem :) Pomysłów na interpretację budowli z kolorowych, plastikowych klocków miałam coraz więcej i naprawdę trudno było mi wyjść ze swojej roli! Było bardzo ciekawie i mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z panią Kasią :) 
radość tworzenia :)
Nadszedł weekend i - kolejne rowerowe zawody. Start w Dolsku - tym razem pominę opis całej imprezy (w końcu to blog dotyczący biegania ;)), dla mnie był to piękny wyścig, mnóstwo emocji, cudowna pogoda i malownicza, przepiękna okolica! Byłam zachwycona :) Poziom ekscytacji i rowerowej fascynacji wzrósł jeszcze bardziej po wizycie u Adama i profesjonalnym ustawieniu moich rowerów. Mimo, że z mojego MTB nie da się zrobić roweru sportowego (kiedy go kupowałam, nie wiedziałam jeszcze, że będę się ścigać - miał być rowerem rekreacyjnym ;)), Adam "wycisnął" z niego co się dało i po zmianie ustawień efekt zaskoczył mnie ogromnie: dużo lżejsza jazda, więcej siły pod nogą, wygodniejsza pozycja... To samo było z moją niedawno zakupioną "szosą". Aż chce się jeździć :) 
Bikefitting u Adama
Opętana myślą o rowerowych treningach, kolejnych startach, planowaniem dłuższych tras, między rowerem, pracą a kettlami (bo coraz bardziej podobają mi się te żelastwa ;)) - pomknęłam jeszcze na trening grupy biegowej do Adrenaliny. Ostatnio dająca ciągle o sobie znać kontuzja nie pozwalała mi na podejmowanie prób biegowych. Tym razem poszłam i... przebiegłam cudowne, piękne, spokojne sześć kilometrów! Sześć kilometrów - tak niewiele, a dało mi tyle szczęścia! Na początek - niedowierzanie grupy ("To dzisiaj z nami biegniesz??"), potem delikatne truchtanie, ostrożnie, by nie wywołać bólu, trochę ze strachem na plecach... Potem coraz śmielej, odważniej, by zakończyć całkiem fajnym tempem - dawno nie biegłam tak szybko :)
z grupą biegową AF Team :)
 Dobrze czułam się w grupie, biegło mi się rewelacyjnie, w nogach czułam taki zapas mocy, że mogłabym biec szybciej i szybciej... Rozsądek kazał jednak trzymać umiarkowane tempo :) Wróciłam do domu z przekonaniem, że "Pogoń za Wilkiem" jest moja! :) Przestałam myśleć o tym, że nie mogę biegać na długich dystansach - mogę pokonywać krótkie odcinki i to jest baaardzo przyjemne! Nie muszę chyba dodawać, co powoduje zmiana w myśleniu z "nie mogę" na "mogę"... Kolejny trening biegowy za tydzień! Tymczasem wracam do moich rowerów... 

"The Winner Takes It All" - kiedyś miałam tylko bieganie, teraz mam wszystko :)

Coraz bliżej bieg... Kiedy w styczniu zgłaszałam się do plebiscytu Walecznej Wilczycy, cieszyłam się, że będę mogła pisać i dzielić się z in...